Książka "Od Pacyfiku do Atlantyku. From the Pacific to the Atlantic" to album w formacie A4 z dwudziestoma fotografiami krajobrazów USA. Przy każdym zdjęciu znajduje się historia związana z danym miejscem. USA to ogromny kraj i umieszczenie najciekawszych (moim zdaniem) miejsc w tak niewielkiej liczbie zdjęć, było nie lada wyzwaniem.
piątek, 27 stycznia 2017
wtorek, 22 marca 2016
Charleston z Charleston?
Długo nic nie pisałam, bo
wiedziałam, że czas zacząć pisać posty z naszej wyprawy na
Florydę i pierwszym miastem, które odwiedziliśmy po drodze, było Charleston.
Zwlekałam, zwlekałam, bo tak naprawdę, nie ma tu o czym pisać.
sobota, 23 stycznia 2016
Śnieżyca... :D
Krótko, i na temat....
Pada śnieg, puste półki w sklepach...
W Nowym Jorku aresztują ludzi na drogach...
Autostrady pozamykane....
Transport publiczny nie działa....
... pada śnieg...
Amerykanie nie znają zimowych opon, bo nie wiedza jak się jeździ po śniegu i w ogóle, lubią jak ze złamanego paznokcia robi się międzynarodową aferę! :)
Ponad 50 cm śniegu i co... i katastrofa! Nawet kościoły pozamykali!!! Śnieg oznacza "przerwę" od Pana Boga.... :D
Całe szczęście moi ulubieńcy, policjanci, mają poczucie humoru.... Puszczają soundtrack z Frozen patrolując miasto! :)
No i panda w Waszyngtońskim zoo też dobrze się bawi :D
I jeśli widzicie w wiadomościach w Polsce coś o przerażających śnieżycach... wiedzcie, że w Polsce mamy taką pogodę na co dzień :)
wtorek, 22 grudnia 2015
Pracowników świętowanie...
Święta
w USA to jeden wielki biznes. Każdy o tym wie. Jednak nie każdy
Amerykanin zdaje sobie sprawę, że Boże Narodzenie, to świętowanie
narodzin Jezusa, że to święto religijne i że prezenty to tylko
dodatek do całości...
Amerykanie
ze Świąt zrobili jedną wielką imprezę, z górą prezentów,
Świętym Mikołajem i choinką, która rusza się i śpiewa kolędy.
Czy to dobrze, czy źle oceńcie sami...
Dziś
chciałabym się skupić na świętowaniu w pracy. Większość
amerykańskich firm organizuje co roku, przed Bożym Narodzeniem,
imprezę świąteczną. Każdy zakład pracy robi to inaczej. Ja w
tym roku załapałam się na imprezę świąteczną w
militarno-cywilnym środowisku. Poważna firma, poważni ludzi,
poważny międzynarodowy biznes.
Wydawałoby
się, że impreza będzie kiepska... Masa generałów, pułkowników,
podpułkowników, inżynierów, naukowców. Istny zlot sztywniaków!
Już
na samym wejściu zaskoczyła mnie kobieta w ciąży ubrana w
sweterek z napisem: „Byłam niegrzeczna w tym roku” („I was
naughty this year”), a potem to już nie wiedziałam gdzie mam
patrzeć. Facet ok. 60tki przebrany za elfa (tak.. uszy też miał
jak elf), kolejny pan po 40tce w piżamie pajacyku w bałwanki i
śnieżynki, pan ze swetrem ze świątecznie udekorowaną podobizną
Donalda Trump'a, pani z sukienką z bombkami i lampkami, które
świecą, masa panów w świątecznych krawatach, a sam pan generał
w uszach renifera wygłaszał przemówienie...
I
nie byle jakie przemówienie.... Mówił o sukcesach, o problemach,
które rozwiązywane są tylko dzięki tak wspaniałej ekipie
pracowników, wręczył nagrody dla niektórych z nich. Wyłonił
zwycięzców najlepiej świątecznie udekorowanych biurowych drzwi,
a na koniec ogłosił konkurs na najbrzydszy sweter (Amerykanie od
momentu „Bridget Jones” zakładają brzydkie swetry na święta)!
Oprócz
tego wino i piwo lały się litrami, a jedzenia starczyłoby, aby
wyżywić cały batalion...
Co
prawda górowało słynne "macaroni and cheese", czyli makaron z serem, typowa
amerykańska potrawa... Nawiasem mówiąc, to macaroni and cheese są
popularne pewnie dlatego, że nie potrzeba wielkiej filozofii, żeby
rozgotować makaron i wrzucić do niego tostowy serek typu "Hochland"...
Nie muszę wspominać, że garstka Włochów obecna na
przyjęciu chwytała się za głowy, wyrywała włosy z klaty i
krzyczała: „Och nooo... mamma mia!! Nooo.. pasta... nooooo!!”
Jak
na takich imprezach jest w Polsce? Nie wiem... Ale mogę powiedzieć
z czystym sumieniem, że Amerykanie potrafią się bawić, a co
najważniejsze wrzucają na luz i podchodzą do siebie z dystansem, i
tego Wam życzę na Święta!
czwartek, 3 grudnia 2015
Indianapolis
Koń... Krowa,
kura, kaczka... Kura, kaczka,
drób...(...) O! Jest! Widzę Droga... Chyba na
Indianapolis.
Tak
przywitała nas Indiana, jeden z najnudniejszych stanów w USA,
którego nie mogliśmy ominąć w
drodze powrotnej. Z
drugiej strony nie
chcieliśmy go
ominąć, ze względu
na miejsce, które znane jest na całym świecie. I nie chodzi tutaj
o Warszawę (Warsaw), która jest światową stolicą produkcji protez
ortopedycznych. Nie chodzi też o festiwal pierogów, dzięki któremu
Polacy widziani są w USA jako
wieśniacy.
Nawiasem
mówiąc, nie ma się
czemu dziwić, Indiana
nazywana
jest przez Amerykanów „Hoosier State”, a ludzie w nim
mieszkający „Hoosiers”. Po polsku to „Wieśniacki Stan”, a
jego mieszkańcy to
„Wieśniacy”.
Znacie
zapewne Pentagon i Empire State Building i może nawet Rockefeller
Center... Nie... te budynki nie stoją w Indianie... ale zostały
wybudowane ze skały wapiennej, której największe złoża na
planecie, znajdują się właśnie w tutaj.
Ale nie o to mi
chodziło...W
Indianie, a dokładniej w Indianapolis, znajduje się tor wyścigowy.
Tu odbywały się
rajdy Indy500, NASCAR, MotoGP. Nawet Formuła 1 miała tutaj swoje 5
minut.Tor jest dostępny
dla zwiedzających. Można nawet zakupić bilety na emocjonującą
przejażdżkę po torze... tym oto pojazdem....
Rozwija on prędkość
ok. 50 km na godzinę!! Mrożące krew w żyłach przeżycie. Jedno
okrążenie trwa ok. 15 minut! Poza tym, dla fanów
motoryzacji warto wstąpić do muzeum, gdzie znajdują się
prawie wszystkie samochody, które zdobyły pierwsze miejsce na torze
od początku jego istnienia.
Zwiedzanie toru
zajmie wam 2 godzinki, razem z muzeum. Potem... potem... możecie
jechać do centrum miasta.... ale czy warto? Moim zdaniem nie.
Nic tu nie ma. Jest ratusz, sąd, kilka kościółków... i nic poza
tym. Indianapolis wygląda jak większość amerykańskich miast i
omijając centrum, nic nie stracicie (oprócz czasu...).
poniedziałek, 2 listopada 2015
Wietrzne miasto...
Tak,
wieTRZne, nie wieczne, nie o Rzymie mowa, a o Chicago, które
od 1856 roku
nazywane jest przez Amerykanów „Windy City”
(Wietrzne Miasto).
Chicago
to chyba jedno z najpopularniejszych miast polskiej emigracji. Połowa
Podhala właśnie w tym mieście ułożyła sobie życie. Jednak nie
czas i miejsce na pisanie o Polakach i ogromnej Polonii, która się
tu znajduje, którą nawiasem mówiąc ominęłam szerokim łukiem,
bo nie przemierzam USA wzdłuż i w szerz, po to, żeby zwiedzać
polskie dzielnice i rozmawiać o pierożkach pani Grażynki.
W
Chicago jak w każdym innym mieście są ludzie, są ulice, są
budynki, są samochody, metro, autobusy, rowery...
ale... tylko tutaj
rozpoczyna się słynna Route 66 (koniec w Los Angeles),
tylko tutaj stałam w
korku przez 1,5 godziny jadąc.... METREM! Tylko tutaj wjechałam na
103 piętro Willis Tower (dawniej Sears Tower), drugiego najwyższego
budynku w USA (Pierwszym jest One World Trade Center, który
przewyższa Willis Tower tylko iglicą) i spojrzałam śmierci w oczy
wchodząc na platformę z plexi, z której mogłam podziwiać taki
oto widok...
Dreszczyku emocji dodał 150 kilogramowy młodzieniec,
który zaczął podskakiwać tak energicznie, że kilka osób
myślało, że to trzęsienie ziemi. Tylko tutaj chodziłam przez
godzinę wokół wielkiej lustrzanej fasoli, robiąc nieskończoną
ilość fotek. Raj dla Selfie-stów, nie muszą tutaj używać
„wysięgnika”!
Nawiasem mówiąc fasola nazywa się tak naprawdę
„Cloud Gate”, czyli po naszemu to mniej więcej, „Chmurkowa
Brama”. Tylko tutaj samochód przejechałby mnie na ZIELONYM
świetle i tylko tutaj wiatr wiał z prędkością światła i prawie
nie oderwał mi głowy!
Poza
tym, widziałam niezliczoną ilość bezdomnych i żebraków,
Starbucks'y co dwie przecznice, jezioro, które wygląda jak morze i
fontannę, która się do mnie uśmiechała....
Ufff...
niezłe przeżycia, jak na dwudniowy pobyt!
czwartek, 9 lipca 2015
Życie w Amerykańskim śnie...
Oglądasz amerykańskie filmy, widzisz jak ludzie żyją, jakie to wszystko
jest kolorowe, piękne i urocze. Domek z ogródkiem, duży samochód
i wspaniała praca.
Szukasz
w Internecie artykułów o zarobkach w USA i w jednej chwili, Twoje
źrenice zmieniają kształt w symbol dolara.
Czytasz:
„Średni dochód w USA to ok. 50.000$ rocznie”.
WOW!
50.000 dolarów rocznie!!! Gdzie jest kalkulator!! Tyle kasy! 185.000
zł (kurs z 05/07/2015 3,7zł). Prawie 15.500 zł miesięcznie! WOW!!
Jadę do Ameryki! Spełni się mój amerykański sen!
Kupię
dom, będę mieć dwójkę dzieci, duży samochód, raz na jakiś
czas będę jadł w restauracji i co roku pojadę z rodziną na
wakacje... O... wakacje... tak.... najlepiej na Hawaje!
Przełóżmy
teraz to wszystko na liczby!
Średnie
wydatki roczne na dom (zapomnij o mieszaniu w wielkim mieście!) -
17.062$
Jedzenie
– 12.659$
Wydatki
na auto (4x4) – 11.039$
Opieka
zdrowotna (w USA za ubezpieczenie płacisz z własnej kieszeni!) –
9.144$
Wydatki
na szkołę dwójki dzieci – 4.000$
Ciuszki
i obuwie – 2.631$
Rachunki
(gaz i światło) – 1.956$
Ufff....
no to mamy niezbędne wydatki..... Suma 58.491$
Teraz
czas na dodatkowe wydatki:
Wakacje
z rodzinką – 4.580$
Rozrywka
– 3.667$
Restauracje
– 3.662$
Kablówka,
Internet, Telefon – 3.100$
Pozostałe
różności – 2.000$
Suma
dodatkowych wydatków – 17.009$
A
teraz czas na obywatelski i rodzicielski obowiązek, czyli: Podatki i
oszczędzanie na college dla dzieci
Podatki
(federalne, stanowe, lokalne) – 32.357$
College
dla dwójki dzieci – 5.000$
No
i na koniec musimy zadbać o naszą emeryturkę – 17.500$
A
to daje nam w sumie – 54.857$
Podliczmy
teraz całość: 58.491$ + 17.009$ + 54.857$ = 130.357$
Zaraz,
zaraz.... hmm... przecież ja zarabiam tylko 50.000$! Skąd wezmę
pozostałe pieniądze!!??
Hmm....
A... no tak przecież nie jestem sam(a) mam męża/żonę
(niepotrzebne skreślić).
Statystyki
mówią, że w dwójkę będziemy zarabiać: 67.348$! To jeszcze o
połowę za mało!
Ok...
nie będziesz zakładać rodziny, będziesz sam jak palec, będziesz robić po
12 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, a urlop, jak
dobrze pójdzie, dostaniesz
po roku, jakieś 10 dni!
Poniższe
dane są z doświadczenia własnego, znajomych i z Internetu.
Obliczmy
teraz jak to będzie mieszkać samemu:
Średnie
wydatki roczne za
wynajęcie mieszania
(salon + sypialnia w
podrzędnej dzielnicy)
- 19.200$
Jedzenie
(nie
GMO)
– 4.800$
Wydatki
na auto (4x4) +
metro na dojazd do pracy–
6.000$
Opieka
zdrowotna – 9.000$
Ciuszki
i obuwie – 1.500$
Rachunki
(światło) – 900$
Ufff....
no to mamy niezbędne wydatki..... Suma 41.400$
Teraz
czas na dodatkowe wydatki:
Samotne
wakacje-
1.000$
Rozrywka
– 1.500$
Restauracje
– 1.000$
Kablówka,
Internet, Telefon – 1.920$
Pozostałe
różności – 800$
Suma
dodatkowych wydatków – 6.220$
Podatki
i emerytura:
Podatki
(federalne, stanowe, lokalne) – 10.549$
Emerytura
– 17.500$
A
to daje nam w sumie – 28.049$
Podliczmy
teraz całość: 41.400$
+ 6.220$
+ 28.049$
= 75.669$
A
Ty masz tylko 50.000$! Pobudka!
Co
więcej, statystyki podają, że 1 na 4 rodziny, zarabia poniżej
25.000$ rocznie! Tylko 17,8% Amerykanów zarabia więcej niż
118.200$ rocznie, a tylko 2,67% zarabia powyżej 200.000%!
I tak, amerykański sen zamienia się w amerykański koszmar!
Strony,
z których brałam informacje:
http://usatoday30.usatoday.com/money/perfi/taxes/2011-05-05-tax-cut-record-low_n.htm
czwartek, 21 maja 2015
Tam, gdzie Indianom nawet taniec deszczu nie pomógł, czyli Badlands National Park.
Badlands
oznacza po naszemu złe ziemie, czyli takie, gdzie nic nie rośnie.
Można by powiedzieć, że to taka niby pustynia.
Nie
dało się tam nic zasiać, ale Indianie mimo wszystko cenili sobie
ten teren. Z pagórków łatwo było dostrzec wrogów i stada
zwierząt, a to ułatwiało polowanie i na jednych, i na drugich...
Badlands
to park, który uważany jest za jedno z najbogatszych miejsc na
świecie pod względem skamieniałości. Można tu znaleźć
szkielety „starych wersji” nosorożców, wielbłądów, żółwi
i wielu innych prehistorycznych dziwactw.
Jeśli
chodzi o żywe zwierzęta, to mieszkają tutaj bizony amerykańskie,
pieski preriowe, lisy, owce kanadyjskie, bieliki amerykańskie i
jeszcze trochę innych „pysznych” zwierząt, na które polowali
Indianie.
Park
znajduje się na terenie Południowej Dakoty i tak, jak Mt Rushmore
(o którym napisałam TUTAJ), jest pośrodku niczego... 7 godzin
jazdy z Denver (Colorado), 8 godzin z Yellowstone i prawie 13 godzin
z Chicago.
Piękne
miejsce, nieziemskie widoki, które można „objechać” przez ok.
4 godzinki.
Jeśli
uda wam się być w okolicy, polecam to miejsce, ale jeśli macie
przyjechać tu specjalnie, to nie nastawiajcie się na zapierające
dech w piersiach widoki jak z Grand Canyon.
Pamiętajcie,
to złe ziemie. Nic tu nie rośnie, a Indianom nawet taniec deszczu
nie pomógł by ten teren „wskrzesić” do życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












