Amerykanie nie znają zimowych opon, bo nie wiedza jak się jeździ po śniegu i w ogóle, lubią jak ze złamanego paznokcia robi się międzynarodową aferę! :)
Ponad 50 cm śniegu i co... i katastrofa! Nawet kościoły pozamykali!!! Śnieg oznacza "przerwę" od Pana Boga.... :D
Całe szczęście moi ulubieńcy, policjanci, mają poczucie humoru.... Puszczają soundtrack z Frozen patrolując miasto! :)
No i panda w Waszyngtońskim zoo też dobrze się bawi :D
I jeśli widzicie w wiadomościach w Polsce coś o przerażających śnieżycach... wiedzcie, że w Polsce mamy taką pogodę na co dzień :)
Święta
w USA to jeden wielki biznes. Każdy o tym wie. Jednak nie każdy
Amerykanin zdaje sobie sprawę, że Boże Narodzenie, to świętowanie
narodzin Jezusa, że to święto religijne i że prezenty to tylko
dodatek do całości...
Amerykanie
ze Świąt zrobili jedną wielką imprezę, z górą prezentów,
Świętym Mikołajem i choinką, która rusza się i śpiewa kolędy.
Czy to dobrze, czy źle oceńcie sami...
Dziś
chciałabym się skupić na świętowaniu w pracy. Większość
amerykańskich firm organizuje co roku, przed Bożym Narodzeniem,
imprezę świąteczną. Każdy zakład pracy robi to inaczej. Ja w
tym roku załapałam się na imprezę świąteczną w
militarno-cywilnym środowisku. Poważna firma, poważni ludzi,
poważny międzynarodowy biznes.
Wydawałoby
się, że impreza będzie kiepska... Masa generałów, pułkowników,
podpułkowników, inżynierów, naukowców. Istny zlot sztywniaków!
Już
na samym wejściu zaskoczyła mnie kobieta w ciąży ubrana w
sweterek z napisem: „Byłam niegrzeczna w tym roku” („I was
naughty this year”), a potem to już nie wiedziałam gdzie mam
patrzeć. Facet ok. 60tki przebrany za elfa (tak.. uszy też miał
jak elf), kolejny pan po 40tce w piżamie pajacyku w bałwanki i
śnieżynki, pan ze swetrem ze świątecznie udekorowaną podobizną
Donalda Trump'a, pani z sukienką z bombkami i lampkami, które
świecą, masa panów w świątecznych krawatach, a sam pan generał
w uszach renifera wygłaszał przemówienie...
I
nie byle jakie przemówienie.... Mówił o sukcesach, o problemach,
które rozwiązywane są tylko dzięki tak wspaniałej ekipie
pracowników, wręczył nagrody dla niektórych z nich. Wyłonił
zwycięzców najlepiej świątecznie udekorowanych biurowych drzwi,
a na koniec ogłosił konkurs na najbrzydszy sweter (Amerykanie od
momentu „Bridget Jones” zakładają brzydkie swetry na święta)!
Oprócz
tego wino i piwo lały się litrami, a jedzenia starczyłoby, aby
wyżywić cały batalion...
Co
prawda górowało słynne "macaroni and cheese", czyli makaron z serem, typowa
amerykańska potrawa... Nawiasem mówiąc, to macaroni and cheese są
popularne pewnie dlatego, że nie potrzeba wielkiej filozofii, żeby
rozgotować makaron i wrzucić do niego tostowy serek typu "Hochland"...
Nie muszę wspominać, że garstka Włochów obecna na
przyjęciu chwytała się za głowy, wyrywała włosy z klaty i
krzyczała: „Och nooo... mamma mia!! Nooo.. pasta... nooooo!!”
Jak
na takich imprezach jest w Polsce? Nie wiem... Ale mogę powiedzieć
z czystym sumieniem, że Amerykanie potrafią się bawić, a co
najważniejsze wrzucają na luz i podchodzą do siebie z dystansem, i
tego Wam życzę na Święta!
Tak
przywitała nas Indiana, jeden z najnudniejszych stanów w USA,
którego nie mogliśmy ominąć w
drodze powrotnej.Z
drugiej strony nie
chcieliśmy go
ominąć, ze względu
na miejsce, które znane jest na całym świecie. I nie chodzi tutaj
o Warszawę (Warsaw), która jest światową stolicą produkcji protez
ortopedycznych. Nie chodzi też o festiwal pierogów, dzięki któremu
Polacy widziani są w USA jako
wieśniacy.
Nawiasem
mówiąc, nie ma się
czemu dziwić, Indiana
nazywana
jest przez Amerykanów „Hoosier State”, a ludzie w nim
mieszkający „Hoosiers”. Po polsku to „Wieśniacki Stan”, a
jego mieszkańcy to
„Wieśniacy”.
Znacie
zapewne Pentagon i Empire State Building i może nawet Rockefeller
Center... Nie... te budynki nie stoją w Indianie... ale zostały
wybudowane ze skały wapiennej, której największe złoża na
planecie, znajdują się właśnie w tutaj.
Ale nie o to mi
chodziło...W
Indianie, a dokładniej w Indianapolis, znajduje się tor wyścigowy.
Tu odbywały się
rajdy Indy500, NASCAR, MotoGP. Nawet Formuła 1 miała tutaj swoje 5
minut.Tor jest dostępny
dla zwiedzających. Można nawet zakupić bilety na emocjonującą
przejażdżkę po torze... tym oto pojazdem....
Rozwija on prędkość
ok. 50 km na godzinę!! Mrożące krew w żyłach przeżycie. Jedno
okrążenie trwa ok. 15 minut! Poza tym, dla fanów
motoryzacji warto wstąpić do muzeum, gdzie znajdują się
prawie wszystkie samochody, które zdobyły pierwsze miejsce na torze
od początku jego istnienia.
Zwiedzanie toru
zajmie wam 2 godzinki, razem z muzeum. Potem... potem... możecie
jechać do centrum miasta.... ale czy warto? Moim zdaniem nie.
Nic tu nie ma. Jest ratusz, sąd, kilka kościółków... i nic poza
tym. Indianapolis wygląda jak większość amerykańskich miast i
omijając centrum, nic nie stracicie (oprócz czasu...).
To już koniec naszej wyprawy po USA. 24 dni w drodze pełne wrażeń, Indian, kowbojów, grubasów, steków, hamburgerów, niedźwiedzi i jeden mandat...
A w następnym
poście, zaczynamy wyprawę do Sunshine State...